Mamy Dzieci

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Coś niesamowitego - muszę poczytać więcej, gdyby miało mi się przydać przy następnym dziecku. :)

23.05.2012 o godz. 16:33
Mój synek do dziesiątego miesiąca życia był leniuchem. Do raczkowania zabierał się dwa miesiące, ale tak naprawdę dopiero zaczął dwa tygodnie temu.

Za to gdy już się zebrał, poszło wszystko - nauczył się wchodzić po schodach (oczywiście ja podążam z tyłu z wyciągniętymi rękami, asekurując, ale nie dotykając).

Trzymając się czegoś robi kroczki, od wczoraj też próbuje sam siadać ze stania. A to duży postęp.

Niestety, razem z tym skokiem rozwojowym przyszło gorsze spanie. 9 godzin w nocy - niby nie powinnam narzekać, ale gdy on idzie spać o 20:00 i wstaje o 5:00, nie mam zbyt wiele czasu na cokolwiek, jeśli chcę pójść spać o godziwej porze. A tu jeszcze cały dom na głowie i praca, którą zostawiam sobie na wieczory najwcześniej.

Cieszy mnie jednak to, że bobas się tak rozwija. Bobas? To już nie bobas - to mały chłopczyk, który już nauczył się psot. Gdy słyszy słowo "nie", zaczyna się śmiać zawadiacko i powtarza dokładnie to, czego mu się zabrania. Za to jest wrażliwy - wystarczy, że zrobię minę jak do płaczu, a on też zaczyna. Muszę się kontrolować z moimi emocjami, bo chłonie je jak gąbka.
20.05.2012 o godz. 22:08


Zabawka progresywna - to brzmi dumnie.

Gdy zobaczyłam cenę za ten kawał odpowiednio wyprofilowanego plastiku, zdębiałam - 100 zł.

I z ciekawości, co może coś, co wygląda jak nocnik, przeczytałam opis producenta. Oto on:

Niezwykła zabawka rozwijajaca dziecięcą wyobraźnię. Żywe kolory i ciekawe kształty pobudzają dziecko. Pobudzają ciekawość, stymulują zmysły i inspirują dzieci do znajdywania nowych zastosowań Bilibo. Jest to fantastyczna zabawka, która da mnóstwo radości każdemu dziecku. Zarówno chłopcy jak i dziewczynki odnajdują nieskończoną ilość możliwości do zabawy z tą wyjątkową muszelką.
W środku i na zewnątrz, w piaskownicy i w wodzie lub nawet na śniegu – zgodnie z ich wiekiem i zainteresowaniami dzieci używają i bawią się muszelką na wiele sposobów.
Muszelki można łączyć lub ustawiać jedna na drugiej. Tak jak trójwymiarowe kawałki puzzli dwie muszelki łączą się w kulę – z przyjazną twarzą i szerokim uśmiechem.

Kupić czy nie kupić? Ja jednak podziękuję. Najpierw muszę swojego 10-miesięcznego brzdąca oduczać miłości do komputera, DVD, telefonów komórkowych, czyli zabawek dla dużych dzieci. A wcześniej kupię mu plastikowe wiaderko. Za 10 zł.
11.05.2012 o godz. 10:26
Synek w przeciągu trzech dni zaczął samodzielnie siadać (czyt. podnosić się z leżenia do siadu), wstawać opierając się o coś i raczkować. Trzeba przyznać, wziął nas z zaskoczenia. Byłam tym jego wcześniejszym lenistwem trochę rozpieszczona. Wcześniej sadzałam go przy plastikowym pianinku i mogłam spędzić przy desce do prasowania spokojnie jakieś 30 minut, bez obawy, że bobas wejdzie mi do szafy. Teraz boję się, że w drodze ewolucyjnego przystosowania wyrosną mi oczy z tyłu głowy.

Oto "osiągnięcia" synka z ostatnich trzech dni:

- samodzielnie otwiera szafy, szafki i szuflady, do których sięgnie,
- usiłuje wejść na nasz stolik kawowy, ale ponieważ mu się nie udaje, stoi oparty o niego,
- odpiął nam router od internetu ,
- przewrócił kosz na śmieci chcąc zajrzeć do wnętrza.

Teraz nie można zrobić dosłownie NIC, trzeba wciąż na niego uważać, bo z ciekawością dziecka (a jakże!) odkrywa dom i jego zakamarki. A ja o 21:00 mam już ochotę nakryć się kołdrą i smacznie zasnąć. Nie ma mowy - dopiero wtedy mogę zacząć robić choć namiastkę tego, czego nie zdążę w ciągu dnia, gdy moja pociecha nie śpi (a śpi jeszcze dwa-trzy razy dziennie).


23.04.2012 o godz. 21:00
- osiem ząbków

- stoi! z raczkowaniem kiepsko, chociaż od dwóch miesięcy synek namiętnie czworakuje (bez przemieszczania się - gdy chce się gdzieś dostać, woli turlanie), ale stoi trzymając się brzegów łóżeczka, gdy upadnie na pupę, każe się podnosić
15.04.2012 o godz. 10:50
8,5 miesiąca. Tak naprawdę nie jest to jego pierwsze słowo - cały czas z zapałem mówi "baba", parę razy powiedział też "tata". Mówił też pojedynczą sylabę "ma", ale nigdy podwójnie, jako mama. Pierwszy raz powiedział "mama" wczoraj rano, gdy ubierałam go i... złościł się. Jego "mama" było powiedziane z żalem i impetem. Mieściło się w nim: "Mamo, przestań w tym momencie!". Nieważne jednak, byłam zachwycona. :) I czekam na powtórkę.

01.04.2012 o godz. 22:47

Od paru dni synek jest posiadaczem pięciu ząbków.

Długo tu nie zaglądałam, chociaż codziennie coś się dzieje. Takie drobne z pozoru rzeczy, które mają kolosalne znaczenie dla mnie jako rodzica:

- w wanience wykłada się i wystawia jedną nóżkę "za burtę", :)

- robi się coraz bardziej ruchliwy, przemieszcza się dziwną mieszaniną raczkowania, pełzania i turlania,

- znajduje sobie zabawki w codziennych przedmiotach; wszystkiego chce dotykać, wszystko sprawdzić - wczoraj wyłączył nam film na DVD (podpełzł i nacisnął, co trzeba), uwielbia też bawić się włącznikami światła; wszystko, co świeci, mruga i pstryka go najbardziej fascynuje,

- coraz bardziej uwielbia dziadków; na początku Babcia miała fory, teraz zadowolony może wysiadywać u Dziadka na kolanach;

- kiedy ktoś mówi albo rozmawia, lubi się "wtrąca" - gaworzy, jakby chciał się włączyć do rozmowy.

W nocy staram się go już karmić tylko raz - przedwczoraj i wczoraj tak było. Drugim celem będzie przestawienie synka, by spał od 20:00 do 7:00 rano, a nie, jak teraz, o 19:00 do 6:00. Niestety, wszystkie próby na razie kończą się fiaskiem, bo nasza latorośl może i wytrzyma z trudem do 20:00, ale i tak wstaje o 6:00 rano. Z dwojga złego (czy naprawdę złego? tak mi się napisało) wolę mieć już o godzinę dłuższy wieczór.
18.03.2012 o godz. 20:55
Krwiaczek zmienia miejsce. Najpierw był tam, gdzie wyżyna się górna jedynka prawa, później lewa, teraz znowu przeskoczył na prawą, tyle że dwójkę.

Czekam więc na te górne zęby, a tu niespodzianka: maluchowi wyszedł właśnie trzeci ząbek na dole! Dolna dwójka nieśmiało wybiła się spod dziąsła. Cóż, ząbkowanie trwa jednak nadal.
Tagi: ząbkowanie
29.02.2012 o godz. 22:19


Właściwie za napisanie swoich wywodów po przeczytaniu artykułu "Cesarka na życzenie" w najnowszym Twoim Stylu chciałam zabrać się niemal od razu - czytając go na przemian albo kiwałam głową, albo nią kręciłam.

Po kolei.

Wypowiadające się panie uzasadniały wybór porodu. Nie próbowały rodzić naturalnie, od razu zdecydowały się na cięcie.

Czy słusznie?

Wiadomo, krąży mnóstwo opinii, że poród naturalny jest najlepszy zarówno dla matki, jak i dziecka.

Tymczasem obecnie ok. 30-35% porodów to cięcia cesarskie, a w szpitalach i klinikach prywatnych ten procent skacze mocno do góry.

Gdybym urodziła naturalnie, pewnie nie chciałabym do końca zaakceptować argumentów tych pań.

O właśnie - jak to było ze mną?

Przez 6 miesięcy ja i mój mąż chodziliśmy na szkołę rodzenia. Tam było nastawienie: poród naturalny i kropka. Położne nawet nie uczyły, co z cięciem, jak pielęgnować ranę. Zupełnie, jakby cięcie było tak marginalną sprawą, że nie warto nią sobie zaprzątać głowę. Nastawiłam się na poród naturalny. Ba! Ja byłam niemal pewna, że tak będzie.

Miało być...O 20:00 trafiłam na salę porodową, podpięto mi oksytocynę. 4 dni po terminie, w USG stwierdzono mało wód płodowych, choć nie czułam, by coś odeszło. Lekarka stwierdziła, że "jakieś skurcze są i w sumie może pani rodzić". No to wio pod oksytocynę. Nad ranem zaczęły się bóle krzyżowe. Jakoś można je było wytrzymać. O 7:00 rano już chciałam gryźć kaloryfer. Bolało tak, że nie miałam siły nawet zamrugać oczami, płakałam już na samą myśl o tym, że skurcz się zaczyna. Czekałam na wykupione znieczulenie, ale od razu nie można go było podać. Krzyczałam, że nie wytrzymam i że chcę cesarkę. Naprawdę tak myślałam.

Potem - wybawienie! W południe dostałam znieczulenie zewnątrzoponowe i z uśmiechem skakałam na piłce. Wszystko szło dobrze. Ciut powoli, ale dobrze. I kiedy już o 15:00 godzinie położna krzyczała: "Przyj, niunia, przyj! Widzę główkę i czarne włoski!", lekarz odsunął się ode mnie i powiedział: "Dobra, cięcie". Okazało się, że synkowi spadał puls, groziło podduszenie. W jednej chwili trafiłam na salę operacyjną, pani anastezjolog zażartowała aplikując mi kolejne znieczulenie, tym razem do cesarki: "No, to spróbuje pani wszystkiego!".

No właśnie - tak naprawdę mój poród to było prawie takie 2 w 1. Męczyłam się jak do naturalnego, euforia, strach i wycieńczenie, mąż masujący plecy i trzymający za rękę, a na końcu cięcie.

Bzdurą okazało się to, że po cesarce nie dostałam dziecka - na sali mogłam je pocałować, a po ok. godzinie przystawiłam do piersi. Był pokarm, synek pięknie jadł i do tej pory karmię piersią. Natomiast miałam dziwne poczucie winy, że nie dałam rady. Teraz wiem, że to głupota myśleć w ten sposób. Na wizycie kontrolnej lekarz tłumaczył mi: "5 lat temu jeszcze by pani urodziła naturalnie, teraz jest więcej wskazań do cięć. Kiedy zaczynałem praktykę, było przekonanie, że ma boleć. Dzieci się rodziły gorsze, słabsze. Mój najdłuższy poród trwał trzy dni. Nie wiem, jak ta kobieta to wytrzymała".

Najlepsze jest to, że po tym wszystkim byłabym gotowa próbować rodzić ponownie naturalnie. Tylko że tym razem usłyszałam od ginekologa, żebym się na to tak już nie nastawiała.

Mogę jednak zrozumieć kobiety, które same wybierają cesarkę. Paniczny strach i wielki stres - ja go nie miałam, ale kto wie? Ponoć on bardzo spowalnia akcję porodową. Komplikacje po porodach naturalnych, typu popękane krocze, niedotrzymanie moczu, a po jakimś czasie niekontrolowane puszczanie gazów? Co, jeśli poród był tak trudny, że matka musiała mieć później przetaczaną krew? A może po prostu mają za sobą straszne porody naturalne i koszmarne wspomnienia z sali? Może w ogóle nie było akcji porodowej i należało dziecko jednak "poprowadzić za rączkę"? A co z dziećmi, które rodzą się ze złamanymi obojczykami?

Prawda jest taka, że nie każda z nas jest stworzona po to, by urodzić naturalnie bez problemów i bez konsekwencji. Jeśli jedną z nich ma być ta niewielka, mało widoczna blizna zamiast wymienionych wcześniej skutków, to czemu dziwimy się kobietom, które wybierają taki sposób?

"Jakby natura chciała, byśmy rodziły przez cesarkę, to by nam dała suwaki na brzuchu", brzmi często powtarzany (moim zdaniem wyjątkowo głupi) argument.
Idąc tym tropem można odpowiedzieć, że gdyby natura chciała, byśmy mieli zęby, to by nie było próchnicy.

Absolutnie nie żałuję, że próbowałam rodzić naturalnie. Po prostu nie do końca wyszło. Mam za sobą ból i nie uważam, by uszlachetniał. A zresztą, o bólu mogą powiedzieć coś te panie, którym dokucza jeszcze świeża rana po cięciu. Uwierzcie, nawet nie można się wyprostować.

22.02.2012 o godz. 21:51
Druga strona dziąsła jest teraz ozdobiona krwiaczkiem, ale żadnego zęba jak nie było, tak nie ma.

Maluch przygotowuje się do raczkowania - podnosi pupę i utrzymuje wyprostowane ręce, ale nie spieszy mu się, by coś z tym więcej robić. Za to podniesiony to pionu potrafi stać kilka sekund czegoś się przytrzymując.

Wciąż nie mogę rozwikłać tego jego spania - po kaszce sypia gorzej, niż po samej piersi, choć wszędzie dudnią, że dziecko trzeba "naładować do pełna" przed snem. A może on nie lubi mieć ciężko na żołądku? Noce są różne, raz już wytrzymał 8 godzin bez karmienia (i to właśnie bez tej zapychającej kaszki), ale jednak często budzi się, a czasem słyszę też, jak przez sen kwili, jakby z bólu (zęby?).

W dzień - jak zwykle - aniołek i do rany przyłóż. Wczoraj zrobiłam przy nim dość solidne porządki połowy domu. Nie, nie spał wtedy. :)
Tagi: niemowlaki
21.02.2012 o godz. 19:40
Mamy radzą mamom...



Sprawdzone sposoby to dla mnie:

- odwrócić uwagę,
- delikatnie podskoczyć z maluchem na rękach (mój synek to uwielbia!),
- wziąć na ręce i przytulić (jakie to proste, prawda?),
- do ok. 3 miesiąca skutkowało zawijanie w kokon i delikatne kołysanie (byle nie za długo - zależało mi na tym, by nauczył się zasypiać bez takich "ułatwiaczy").

Ponieważ jednak mój synek należy (na razie) do tych spokojnych dzieci, nie mam wiele w tym temacie do powiedzenia...
20.02.2012 o godz. 21:06


Ten film każdy rodzic obejrzy z wielką radością i wzruszeniem. Bobasy to wspaniały dokument prezentujący rok z życia czworga dzieci w różnych miejscach świata.

Oglądając go doszliśmy z mężem do wniosku, że największą "frajdę" zdają się mieć dzieci najbardziej obcujące z naturą, gdzie rodzice ingerują najmniej. Owszem, tam śmiertelność dzieci jest wciąż wysoka, jednak nie zmienia to faktu, że taki świat malucha z innej cywilizacji poznaje się najciekawiej. W naszej kulturze mamy laktatory, nosidła, wózki, kołyski, leżaczki i szereg innych akcesoriów, ale dzieci mimo tego wszystkiego wszędzie rozwijają się tak samo, co właśnie pokazuje ten film. Tylko interakcje inne...

Film można obejrzeć na www.iplex.pl.

15.02.2012 o godz. 20:06


Ponieważ już czytam mojemu 7-synkowi bajki (rzecz jasna polega to głównie na tym, że szkrab chce dorwać się do papieru i pożreć go w całości), taki sprzęt byłby bardzo pomocny na przyszłość: TANTO - bajeczna pufa, w której można dosłownie zatopić się razem z dzieckiem.

Bardzo ładna i... bardzo droga (350 euro). Na szczęście jest stare, dobre, poczciwe czytanie w łóżeczku. :)
15.02.2012 o godz. 19:57
Moim zdaniem ząbkowanie po prostu trzeba przeżyć. Tak, jak my przy naszym maluchu i przede wszystkim on. I choć synek w dzień jest wciąż tak grzeczny, jak zawsze, to w nocy wyraźnie się męczy - wierci się niespokojnie i budzi, a wybudzony przez ból ma trudności z ponownym zaśnięciem.

Dwie dolne jedynki wyszły, gdy skończył odpowiednio 4 i 5 miesięcy, teraz ma 7 (miesięcy, nie zębów ;)) i w miejscu górnej jedynki jest właśnie krwiak na pół centymetra. Wyczytałam, że to zwiastun zęba. Wszystko zresztą na to wskazuje, bo synek zaczął się bardziej ślinić i gryzie wszystko, co popadnie - najchętniej metalowe sztućce (podejrzewam, że dlatego, że są chłodne).

Mamy wypisują różne sposoby na bolesne ząbkowanie:

- czopki uspokajające viburcol (homeopatyczne, ja akurat w homeopatię nie wierzę, ale może komuś pomogło),
- masaż dziąseł,
- schłodzone gryzaki,
- maści wszelkiej maści. :D

I przy tych ostatnich się zatrzymam. Wypróbowałam już Dentinox (moim zdaniem średnio skuteczny) Bonjela. Ten drugi jest o tyle dobry, że nieco łagodniejszy. Przynosi ulgę na krótko, ale też częściej można go stosować, bo już co trzy godziny. Dentinox maksymalnie dwa razy dziennie. Oba zawierają lidokainę jako substancję czynną.



W internecie wszyscy niemal zachwycają Baby Orajel. Niestety, w polskich aptekach jest nie do kupienia, bo jakiś czas temu go wycofano. Ten z kolei znieczula przy pomocy benzokainy. Zdaje się, że jest silniejszy i skuteczniejszy. Szukam go na Allegro - nie ma. Zakupiłam więc Anbesol Baby, też z benzokainą w takim samym stężeniu, jak Orajel - 7,5%. W Stanach Zjednoczonych te dwa specyfiki są najpopularniejsze na ząbkowanie, u nas tylko lidokaina. Wyczytałam, że środki te działają podobnie i że w ogóle są to związki o podobnej budowie. Czemu u nas benzokainy nie uświadczy przy ząbkowaniu? Nie mam pojęcia.

Jeszcze o gryzakach. Maluszek ma różne, ale tak naprawdę gryzie, co popadnie. Jeden jednak spodobał mi się z prostego względu: jest wyprofilowany, by kształtem pasować do dziąseł i jednocześnie działa jak pierwsza szczoteczka do ząbków. Chodzi o silikonowy gryzaczek Baby Ono. Ten gadżecik ma jeszcze jedną przydatną cechę: idealnie za jego pomocą podaje się żele na ząbkowanie. Smarujemy część "szczoteczkową" i wkładamy maleństwu do buzi, które przygryzając samo wciera w dziąsła żel. Bez "atakowania" malucha. :)

11.02.2012 o godz. 13:28
To był pierwszy dzień, jaki spędziłam całkowicie poza domem, bez mojego synka.

Od 6 rano do 9 wieczór w drodze. Bobas został z babcią.

Spodziewałam się, że będzie trochę ciężko, bo synek nigdy nie był tak długo na samej butelce. Okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam - mama po moim powrocie stwierdziła, że "ma najgrzeczniejszego wnuczka", ale gdy tylko weszłam, synek natychmiast zażądał piersi, chociaż zazwyczaj o tej porze śpi smacznie i nie domaga się jedzenia.
09.02.2012 o godz. 14:40


Synkowi zmieniają się drzemki w ciągu dnia - w przeciągu paru ostatnich tygodni nastąpił zwrot o 180 stopni. Bobas śpi już bardzo mało, po południu praktycznie wcale. Wczesnym wieczorem zresztą nie pozwalam mu drzemać, bo później usypianie zmienia się w długi koszmar, a tak, to po takim męczącym popołudniu zasypia od razu, w ciągu kilku minut. Tyle na plus.

Razem z jego zmianami rozkładu dnia zmienia się oczywiście i mój. Nie mogę już pracować tyle, ile bym chciała. To, co mogę zrobić przy nim, to napisanie krótkiego tekstu, wysłanie jakiegoś maila, drobne poprawki. O niczym innym nie ma mowy, bo synek zrobił się już aktywny i chociaż wciąż jeszcze nie pełza, to potrafi przeturlać się w przedziwne miejsca.

Pracuję zatem głównie wieczorami. Trochę to problem, gdy chce się obejrzeć film i najzwyczajniej w świecie zrelaksować, gdy dzień ma się ku końcowi. A tu nie tylko praca zawodowa, a jeszcze pranie, prasowanie, kuchnia do sprzątania. Nauczyłam się przy dziecku jednego: nie marnować ani minuty czasu. Wcześniej miałam z tym prawdziwy problem, teraz przeszłam kurs przyspieszony. Uważam, że "tajm menedżment" zaliczyłam z całkiem niezłym wynikiem.

PS
Dwa dni temu kolejny rekord: 10 godzin bez karmienia w nocy, za to pobudki z marudzeniem. Dziś już skapitulowałam, bo wolę nakarmić, niż uspokajać. Byle nie za często, jeśli pobudki są co 3 godziny, jestem w stanie funkcjonować w dzień. Wczoraj jeszcze inne osiągnięcie: synek zasnął o 19:00 wieczorem i (z przerwami na karmienie) spał do 7:30. 12,5 godziny!
04.02.2012 o godz. 21:02

Pan Tato wstawał minionej nocy często - jakieś 3-4 razy usypiał kwilącego bobasa. Mniej więcej tyle, ile ja wstaję co noc.

Tyle wystarczyło, by w swych własnych oczach urósł do rangi superbohatera. Rano zażądał mocnej kawy (bo przecież tyle razy wstawał), po południu musiał odsypiać przez dwie godziny (bo przecież tyle razy wstawał), a na końcu wieczorem pognał do kolegi na piwo "odreagować" (bo przecież tyle razy wstawał).

Strach pomyśleć, czego wymagałby, gdyby był przez dziewięć miesięcy w ciąży, miał za sobą ciężki poród, ból i karmił piersią. Złota lektyka to mało.
02.02.2012 o godz. 21:14


Długo miałam się zabierać do napisania o tym filmie, ale jakoś mi zeszło. Cieszę się jednak, że obejrzałam go już jako matka.

Służące (The Help) oglądałam na raty. Dwie raty, mówiąc dokładniej. Po pierwszej nie mogłam zasnąć, bo w głowie mi się nie mieści, że takie matki mogą chodzić po świecie. Nie chcę nic nikomu psuć, jeśli filmu jeszcze nie widział. Za to mój mąż do dziś śmieje się ze mnie, że w łóżku leżałam trzęsąca się jak galareta z nerwów i emocji. Może za bardzo to przeżywałam, ale na swoje rozgrzeszenie powiem: jestem świeża w macierzyństwie i jeszcze do pewnych rzeczy brakuje mi dystansu.

Polecam ten film wszystkim mamom i gospodyniom domowym. :) Nie tylko im zresztą.

A ta scena z filmu jest dla mnie niezwykle rozczulająca. Wiedziałam, że znajdę ją na YouTube:

02.02.2012 o godz. 20:59
statystyki
  • Czas na Bloblo: 1 dni 0 godzin 4 minuty
  • Napisanych notek: 38
  • Komentował: 2 razy
  • Zebranych komentarzy: 13
  • Ostatni wpis: 23.05.12, 16:33
  • Wpis średnio co: 5 dni
  • Profil odwiedzono: 10552 razy
  • Ilość avatarów: 2
  • Ilość zdjęć: 37
  • Ilość filmów: 5
  • Ilość logowań: 36
  • Ostatnie logowanie: 23.05.12, 16:31
  • Ostatnio odwiedzili: anneczka, crazygirl, Blondie, ForeverAlone, yourSmile, XxZiutaXx, Izabelia, luthien-96, Amatorka
sekcja użytkownika