Mamy Dzieci

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Jesteśmy u pana zajmującego się SI. Co to takiego SI? Integracja sensoryczna, po naszemu równoważenie wrażeń zmysłowych. Odwrócona kolejność liter wynika z operowania językiem angielskim w żargonie naukowym.

Życzliwy pan poobserwował dziecko. Omówiliśmy naszego maluszka kierując się 91 pytaniami (dokładnie), z których specjalista miał orzec, czy widzi jakieś elementy nierównowagi sensorycznej. Siedzimy, rozmawiamy, synek u taty na kolanach. W pewnym momencie przejeżdża samochód gdzieś w oddali, dźwięk jest ledwie słyszalny.

- No tak, to teraz już na sto procent mogę stwierdzić, że to nadwrażliwość dźwiękowa - rzuca.

Naczytałam się o tym po wizycie u logopedy, która nam to zasugerowała. Na szczęście terapeuta mnie uspokoił, że z TEJ nadwrażliwości się wyrasta.

- Sprzęt dobry, tylko komputer trzeba usprawnić - zażartował.

Chodzi o mózg dziecka, który wciąż się rozwija. Ośrodek odpowiedzialny za "odsiewanie" niepotrzebnych dźwięków wciąż nie pracuje tak, jak u innych. Dziecko traktuje każdy dźwięk jak jednakowo ważny, stąd najprawdopodobniej opóźniona mowa.

- Potem zdarza się, że mozg dojrzewa i dziecko z dnia na dzień zaczyna mówić, nierzadko pełnymi zdaniami - dorzuca.

Jestem trochę zmęczona tymi wędrówkami. Tym bardziej, że synek nie za bardzo chce robić nudne ćwiczenia polecone przez panią logopedę. A tu pan terapeuta daje nam numer do kolejnej, gdzie pracuje się na tzw. Biofeedbacku, mającym odpowiednio stymulować mózg...

Synek zaczyna wymawiać więcej prostych słów, dużo wciąż mówi w swoim języku. Czekamy i pracujemy.
10.09.2013 o godz. 13:06
Ośmiu specjalistów - tylu trzeba było odwiedzić by trafić na kogoś, kto nie zignorował naszego problemu.

Od trzech dni prowadzę dzienniczek pracy z synkiem - notuję w nim wszelkie wypowiedziane przez niego słowa i wyrażenia dźwiękonaśladowcze oraz ćwiczenia, jakie danego dnia robiliśmy. 3 dni i już widzimy z mężem różnicę. Dodam, że pracujemy metodą krakowską, na materiałach prof. Cieszyńskiej - to istotne dla każdego rodzica, którego dziecko ma podobny problem.

Chciałabym móc spędzić z synkiem 2 godziny "przy stoliku", czyli móc ćwiczyć z nim mniej więcej tyle, ale on chęć do ćwiczeń wykazuje mniej, niż umiarkowaną. Rower, kolejka i klocki są nie do pobicia.

A ćwiczenia polegają na słuchaniu specjalnych płyt, koniecznie w słuchawkach, układaniu sekwencji i szeregów, dopasowywaniu puzzli obrazkowych (nie mogą to być puzzle-zabawki!), składaniu przeciętych zdjęć, odwzorowywaniu linii poziomej i pionowej oraz krzyżyka... Wymieniać mogłabym długo. Dziś udało nam się posłuchać płyt, "poczytać" książeczkę z serii "Kocham czytać" i ułożyć kilkanaście obrazków. Nie chcę go zniechęcić.
07.09.2013 o godz. 23:35
Dziecko łapie anginę. Jeszcze tego nieświadomi (póki co jedynym objawem jest gorączka i ogólne rozbicie) idziemy z synkiem do lekarza.

Ten ogląda go, stwierdza, że angina, że antybiotyk i że przykro mu bardzo z tego powodu. Z błogim uśmiechem na ustach jednak mówi:

- Ależ to fajny wiek. Można już sobie z dzieckiem pogadać...
- No właśnie nie można - mówi mąż.
- To znaczy że synek nie mówi?
- Tylko pojedyncze wyrazy.
- Wie pan, to jest pierwsze dziecko, a maluch jest ekonomiczny. Wszyscy mu nadskakują, on się dogaduje z domownikami bez słów. Po co ma się wysilać i mówić? Ja tu naprawdę nie widzę żadnych niepokojących zaburzeń, o których nawet nie chcę wspominać.
- Mówi pan o autyzmie?
- No właśnie nie chciałem o tym mówić, bo nie widzę żadnych tego objawów. Dziecko autystyczne nawet nie nawiązuje kontaktu wzrokowego, a ja widzę, że to otwarte, bystre dziecko.
- To mamy się nie martwić?
- Nie no, martwić się trzeba, ale umiarkowanie. Trzeba mu jakoś pomóc, stymulować i zachęcać do mówienia.

Dlatego też w sobotę idziemy do naszej trzeciej pani logopedy. Może ona pomoże...
29.08.2013 o godz. 18:54


Tytuł długi, ale wszystko mówiący.

Chcę swojego dwulatka przeprowadzić z za ciasnego drewnianego łóżeczka do "dorosłego" łóżka. Nie mam miejsca na nic pomiędzy, bo "wyra" się nie pozbędę tak łatwo.

W grę wchodziły barierki, ale - powiedzmy sobie szczerze - są okropne, potem trzeba je gdzieś przechować i trudno się wygramolić z dziecięcego łóżka, gdy czytamy mu bajeczkę na dobranoc, leżąc obok.

Więc co? Z pomocą przychodzi internet. Przez przypadek natrafiłam na dość prosty, ale ponoć skuteczny sposób: pod prześcieradło na gumce (dobrze trzyma) wkładamy... piankowe wałki na basen. Gdy nie mamy pewności, możemy taśmą złączyć np. trzy sztuki. Nie miałam pod ręką pianek, więc dziś prowizorycznie zrolowałam cienką kołdrę (taką o wymiarach "dorosłych") i włożyłam pod prześcieradło. Później okazało się, że inni lifehackerzy radzą rolować koce na przemian z wałkami do pływania. Liczę że się sprawdzi, a póki co mojego synka czeka dziś pierwsza noc w swoim wielkim, dorosłym łóżku o szerokości 120 cm. To dwa razy tyle, niż do tej pory!
19.08.2013 o godz. 21:17


Czy ktoś zna ten problem? Wszystkie dzieci dookoła już pięknie porozumiewają się z rodzicami, a nasz dwulatek pokazuje palcem i mruczy, jęczy, a w najlepszym przypadku mówi w swoim języku. Internet radzi: trzeba coś z tym zrobić. Tylko co? Okazuje się, że to wcale nie jest takie proste, jak Dr Google mówi...

Wizyta O: szpital wojewódzki, izba przyjęć

Zaczęło się, gdy synek miał niecałe dwa latka, czyli ok. trzy miesiące temu. Przechodził poważnego rotawirusa i od tygodnia miał biegunki. Z podejrzeniem odwodnienia trafił do szpitala. Tam przyjął nas młody lekarz. Na odwodnienie machnął ręką, bo mały chodził o własnych siłach, za to zwrócił nam uwagę na to, że synek mało mówi i polecił wizytę w poradni wczesnej interwencji.

- Tam zajmą się nim kompleksowo - powiedział - Neurolog, psycholog, logopeda.

Nie sprawdziłam, zaufałam lepiej wykształconemu ode mnie w tej materii panu.

Następnego dnia mały znowu trafił do lekarza, tym razem rodzinnego, bo choróbsko trwało juz długi o zaczął tracić na wadze dość poważnie. Przy okazji wymusiłam na lekarce skierowanie do wspomnianej poradni. Ona chciała przekonać mnie, że takie rzeczy i tak załatwia się podczas bilansu dwulatka, a poza tym wg niej "chłopcy zaczynają mówić później" i nie muszę się denerwować.

Denerwował się mój mąż, a razem z nim ja, choć staram się zawsze zdroworozsądkowo podchodzić do tematu wizyt lekarskich.

Nie chciałam jednak zarzucić sobie, że może faktycznie coś przegapiłam.

Dzwonię do poradni wczesnej interwencji, a tam głos pani informuje mnie, że najbliższy wolny termin jest na wrzesień (był początek czerwca).

- Dziękuję, do tego czasu moje dziecko pewnie zacznie mówić - powiedziałam złośliwie.

I tu recepcjonistka się ocknęła.

- A pani syn nie jest autystyczny?

- Nie!

- Bo my przyjmujemy tylko dzieci m.in. ze stwierdzonym autyzmem i zespołem Downa. Naprawdę poważnie opóźnione.

Jakby ktoś kubeł zimnej wody na mnie wylał. Lekarz w szpitalu widząc moje dziecko przez pięć minut, osłabione chorobą, bliskie odwodnienia, uznał, że jest autystyczne.

Porobiło się okropnie. Mój mąż słysząc to sam zaczął doszukiwać się w synku autyzmu (np. bo układał zabawki w kolejkę i mówił "ciu ciu!"), stres wzrósł.

Wizyta 1 - neurologopeda

Zapisałam się neurologopedy. Przyjęła nas, wizyta trwała przeszło 30 minut. Synek pokazywał jej, gdzie lata mucha, zapytany o konkretną rzecz wskazywał ją, kontakt nawiązał od razu.

Prześledziłyśmy etapy jego rozwoju. Mamy nagrane filmy wideo, gdzie już jako pięciomiesięczne dziecko mówi "bababa", "gagaga", "ma bu be". Nawet na tym blogu wpisywałam, że jako ośmiomiesięczniak wymawiał słowa "dada" i "mama".

Więc co poszło nie tak?

- Rozwój mowy może się zatrzymać pod wpływem traumatycznych przeżyć - zasugerowała.

No tak. A synek mając niespełna 1,5 roku poparzył sobie rączkę. Skończyło się na poparzeniu 1-go stopnia tylko dzięki temu, że jak głupie polewałyśmy go lodowatą wodą do momentu przyjazdu karetki.

Wizyta skończyła się zapewnieniami pani specjalistki, że "będzie mówił" i że "u niego sprawdzi się metoda p. Jagody Cieszyńskiej". Odchodzę bogatsza o tę wiedzę, potem pani logopedka przestaje odpowiadać na moje telefony.

Wizyta 2 (nieodbyta) - logopeda

Szukam dalej. Dzwonię do pani, która szumnie ogłasza się w internecie jako świetna specjalistka. Podczas naszej rozmowy od razu pyta, jakie zaburzenie stwierdzono u mojego dziecka.

- Opóźnienie mowy - wyjaśniam.
- Proszę pani, ja pracuję z dziećmi autystycznymi, z dziećmi z zespołem Downa. One wymagają więcej czasu, niż zdrowe dzieci - mówi do mnie pouczającym tonem, jak do pięciolatki. - Przykro mi, nie mam czasu na terapię.

Wizyta 3: neurolog

Mój pediatra sugeruje zatem wizytę u neurologa dziecięcego. Jesteśmy u starszej pani, która zapewne niejedno dziecko już widziała. Opowiadamy jej o nadgorliwym lekarzu ze szpitala, a ona załamuje ręce.

- Przeraża mnie kierunek, w którym zmierza medycyna. Ten lekarz miał się zając dzieckiem odwodnionym, a nie niemówiącym. Państwo mieliście wtedy i tak dość stresów, żeby słyszeń podobne rzeczy.
- To proszę sobie wyobrazić, jak ja się wtedy czułem! - zapalił się od razu mąż.

Pani neurolog zbadała synka, wykonali kilka czynności i twierdziła, że to absolutnie zdrowe dziecko. Powiedziała nam to, co już wiedzieliśmy: że należy ograniczać bodźce, że zero telewizora, że komunikaty mają być krótkie i proste, po czym zleciła wizytę za pół roku, ale jej zdaniem "do tego czasu synek będzie już mówił".

- To jest mądry, zdrowy chłopak. Jak go państwo nie chcecie, to ja go kupię - dodała puszczając oko.

Wizyta 4: laryngolog

Umawiam się u pana, który ma same pozytywne opinie w sieci. Wita nas uprzejmy lekarz, który pyta, co z dzieckiem. Mówimy, że chodzimy szukając i wykluczając przyczyny opóźnienia mowy. Ten patrzy na nas chwilę, potem w paru zdaniach wyjaśnia, że chłopcy mówią później i że dwulatek jeszcze nie musi (stara śpiewka), ale że dobrze, że dmuchamy na zimne, bo lepsze to, niż zaniedbać dziecko i zorientować się, gdy będzie za późno.

Bada więc lekarz uszy (przy okazji wychodzi na to, że dobrze robię rezygnując z patyczków do uszu u synka), bada język, podniebienie i cały ten układ. Stwierdza, że… wszystko w porządku. A jeśli już nam tak zależy, możemy zrobić mu dodatkowe badanie słuchu, choć maleństwo miało je wykonywane tuż po urodzeniu, zresztą słyszy dobrze, nawet ciche, oddalone bicie dzwonów.

- Wiedzą państwo, czasem trzeba po prostu poczekać.

No tak…

Wychodząc od niego mąż mówi, że "ten lekarz na niczym się nie zna". A ja zaczynam się przekonywać, że ktoś tu jednak panikuje.

Wizyta 5: bilans dwulatka

Jesteśmy na bilansie dwulatka. Mierzymy, ważymy, odpowiadamy na pytania.

- Je sam?
- Tak.
- Trafia łyżeczką do buzi?
- Tak.
- Buduje z klocków?
- Tak.
- Umie pokazać części ciała?
- Tak.
- Rozumie polecenia?
- Tak.
- Łączy wyrazy?
- No i tu jest problem, wie pani… Synek mówi mało i pojedyncze wyrazy - mówię do pielęgniarki.
- Niech się pani nie przejmuje. Bardzo mało chłopców u nas na bilansie mówi zdaniami. I zwraca się do synka: "Gdzie masz oczko?"
- Tu! - pokazuje jej mały, mówiąc ten prosty, jednosylabowy wyraz.
- Widzi pani? - zwraca się do mnie. - Proszę się nie martwić.

Idziemy do lekarki. Ta go ogląda ,stwierdza, że wszystko w porządku, po czym rzuca:

- Ma pani może jakieś pytania?
- Tak, wie pani, bo synek mało mówi…
- Chłopcy mówią później - ucina.
I kiedy widzi, że mam już "ale" na końcu języka, dodaje:
- Pewnie dziewczynki wokół już mówią całymi zdaniami.
- No tak - przytakuję.
- Trzeba poczekać.

A Dr Google mówi stanowczo: nie czekać, tylko róbcie coś. Do cholery, pięć wizyt, by słyszeć, że trzeba czekać?

Wizyta 6 (planowana): logopeda nr 3

Wynajduję numer do pewnej pani, która wisi ze mną na słuchawce pół godziny. Cierpliwie słucha, wyjaśnia, nie zbywa. Zaleca kupić serię "Słucham i uczę się mówić", bo planujemy wizytę za 1,5 tygodnia, ale przecież mogę już powoli zacząć robić coś sama z dzieckiem. Jako pierwsza nie każe czekać, pokazuje konkretne rozwiązanie i metodę. Do trzech razy sztuka wzięło w łeb, ale może do sześciu?

Ciąg dalszy tej historii znajdziecie w serwisie Mamasy.pl
19.08.2013 o godz. 20:51


...a ja po prostu rozglądam się za stołem dla mojego dziecka. Takim, który pomieści rosnącą kupę szpargałów w postaci figurek, pędzli, stempelków, zeszytów, kredek i innych...

Już wiem, że maleństwo kupione w Ikei to za mało. Z braku laku (czyt. dostatecznej ilości metrów kwardatowych) stoi, ale gdy tylko synek wyprowadzi się do większego łóżka, a jego dotychczasowe łóżeczko powędruje na strych, wolną przestrzeń wykorzystam na stworzenie mu miejsca, gdzie może do woli malować, ustawiać i majsterkować.
15.06.2013 o godz. 14:47
9,5 godziny w nocy, aż 3 godziny w ciągu dnia podczas jednej drzemki. I tak codziennie od jakiegoś tygodnia. Nie powiem, że mnie ta trzygodzinna przerwa w dzień nie cieszy, ale wieczorem - jeśli mam wstać względnie wyspana - trzeba się uwijać.
Teddy-Bear-Sleeping-1280x1280.jpeg
15.06.2013 o godz. 14:33


Dawać mleko, czy nie? Czy marchwianka jest najlepsza? Niekoniecznie. Okazuje się bowiem, że co lekarz to inna opinia. Mój niespełna 2-letni synek przeszedł niedawno ponad tygodniowy atak wirusa, który dopadł jego przewód pokarmowy. Na szczęście się nie odwodnił. Zasięgałam porady aż pięciu różnych lekarzy. Oczywiście wiadomo, że w razie wymiotów i biegunki najważniejsze, by nie doprowadzić do odwodnienia. Zebrałam jednak kilka opinii lekarzy (wiele z nich wzajemnie się wyklucza, ale cóż... bądź tu mądry!):

- woda jest najważniejsza; dziecko ma pić jak najwięcej, małymi łykami (wszyscy zgodnie),
- elektrolity można podawać, ale dzieci najczęściej nie chcą ich pić, ważniejsza jest jednak woda, trzeba też podawać probiotyki i prebiotyki (wszyscy zgodnie)
- wstręt do jedzenia w tym czasie jest normalny, sam przejdzie, gdy mały pacjent poczuje się lepiej,
- nie rezygnujemy z mleka modyfikowanego, to wciąż główny posiłek dzieci (3 lekarzy),
- rezygnujemy z mleka modyfikowanego, bo nasila biegunkę (2 lekarzy),
- utrzymujemy ścisłą dietę,
- nie możemy podawać owoców i warzyw (2 lekarzy)
- możemy podawać jabłko i marchew (2 lekarzy, jednego już o to nie pytałam),
- nie możemy podawać biszkoptów, rezygnujemy z glutenu i mącznych rzeczy (1 lekarz),
- dziecku można dać sucharki, bułkę pszenną (2 lekarzy), kleik ryżowy (synek i tak nie chciał go jeść), kaszę mannę...

Wnioski? Czasem po prostu trzeba zdać się na matczyną intuicję.
29.05.2013 o godz. 23:17
To, w którym synek śpi, pewnie zachowam dla jego rodzeństwa, które planujemy z mężem. Za to na poddaszu jest u nas inne białe łóżeczko, swoją drogą podobne. I myślę, że gdy zrobi się ciepło wyjdę na taras i w ramach relaksu przerobię je na taki efektowny stoliczek.
lozeczko.jpg
21.01.2013 o godz. 20:28
Długo tu nie zaglądałam, ale dlatego, że mam za sobą trudny okres tego, gdy synek chciał zaglądać wszędzie i dotykać wszystkiego. Nadal chce, ale teraz już coraz częściej i na coraz dłużej zajmie się zabawką (klocki duplo zostały oficjalnymi ulubieńcami!).

Czasem robię też okrutnie niewychowawczą rzecz i włączam mu Ulicę Sezamkową lub Timmy Time. Ulicę ogląda najdłużej i z największym skupieniem. Nie wiem, z czego to wynika, bo nie jest przeznaczona dla takich maluchów, ale skoro dzięki temu mam 30 minut rano na spokojne wypicie porannej kawy, niech będzie.

Wieczory też są fantastyczne. Myślę, że dobry podejściem było nie usypianie na siłę, wbrew podręcznikom, które mówiły, że dziecko musi się wypłakać, ale ma iść spać o tej godzinie, o której zadecyduje rodzic. Guzik - były momenty, gdy drzemki się zmieniały i synek wytrzymywał do 23:00 w nocy, bo spał rano. Trudno, trzeba było go obserwować i dostosowywać mu rytm dnia tak, by wieczorem był senny. Do łóżeczka nie ma za to żadnej awersji, kładzie się sam, gdy mówię "idziemy do łóżeczka", albo "kładziemy się obok konika" ("konik" to konik morski, uspokajająco, cicho grająca zabawka, z którą śpi). Nie ma z tym problemu. Jeśli nie chce mu się spać, bawi się klockami obok łóżeczka, a ja czytam książkę. I też relaksuję się przy tym. Po prostu od czasu do czasu próbuję go namówić na łóżeczko. W końcu udzie i to nie o żadnej "trudnej" porze typu 22:00. Nie wiem, czy to się zmieni, ale myślę, że teraz już mamy z górki. Synek rozumie coraz więcej, zauważam też, że jest bardziej zrównoważony, potrafi się długo skupić. Czyli mija moja obawa związana z tym, że urodziłam syna, który wrzeszczy i biega bez opamiętania, jak bajtle, które nieraz spotykałam...
21.01.2013 o godz. 20:21
Od ok. 1,5 tygodnia synek (który nigdy nie miał problemów ze spaniem i zasypianiem), chadza spać ok. 22:00-23:00. Od 19:00 jest zmęczony, ale chodzi, kręci się, nie chce iść do łóżeczka. Koszmar, bo przecież trzeba coś jeszcze zrobić w domu, a czasem po prostu odpocząć.

Paluszek w buzi, śliny tyle, że czasem bodziak jest mokry. Nigdy dotąd tak nie było. Narzekałam, ale okazuje się, że ząbkowanie dopiero teraz jest tak naprawdę odczuwalne.
Tagi: ząbkowanie
26.11.2012 o godz. 17:19
Synek wyrzucił mnie wczoraj z pokoju. 16-miesięczne dziecko kazało mi wyjść, bo chciał... spać. Pochylałam się nad łóżeczkiem i gładziłam go po włosach. A on w pewnym momencie odepchnął moją rękę, przekręcił się na bok i... zasnął. Czułam się, jakby mi powiedział wprost: "Mamo, wyjdź, chce mi się spać!"

A ja go głupia jeszcze tarmosiłam po główce. ;-)
Tagi: dzieci
25.11.2012 o godz. 09:22

Teoretycznie każdy dzień jest taki sam, ale liczą się szczegóły. To, że synek zorientuje się, że ktoś odłączył konsolę od prądu i gdy wciska mały przycisk, już nie świeci na zielono (ku jego wielkiemu zdziwieniu). To, że przy babci potrafi wysiedzieć godzinę w kojcu, gaworząc do niej i śmiejąc się, bawiąc ją i prababcię. Albo to, że położony do łóżeczka zaśnie w ciągu trzydziestu sekund, bez wcześniejszego marudzenia.
23.06.2012 o godz. 20:19
Codziennie o 5:30.

Był czas, że synek zasypiał o 7 wieczorem, a wstawał o 5 rano. Narzekałam, ale miałam godzinę wieczoru więcej. Teraz zasypia o 20:00-20:30, a pobudka o 5:30. I skubany nigdy nie zaśpi.

Za to zaczął już mówić "mama" najprawdopodobniej świadomie. Wypowiada to słowo za każdym razem, gdy chce coś na mnie wymusić - cwana bestyjka. :)

Poza tym schody: lubi na nie wchodzić. I idzie mu to o tyle dobrze, że wchodzę za nim, ale już go nawet nie przytrzymuję. Po prostu gdyby się zachwiał, trafi na moje nogi, ale nie spadnie.

Trwa akcja ponownego przyzwyczajania do łóżeczka. Chciałabym doprowadzić do tego, że przed spaniem niech nawet w nim szaleje, ale by wiedział, że o określonej porze nie ma już zabawy na dywanie i zwiedzania całego domu, w górę i w dół. Idzie raz lepiej, raz gorzej. Wczoraj zasnął szybko, ale z oporami. Przedwczoraj postał chwilkę przy szczebelkach, zobaczył jak zmieniam pościel, ja go później ułożyłam do spania i już zamknął oczy. Podejrzewam, że dużo trudności wynika z tego, że Mati sam nie potrafi jeszcze ułożyć się do spania. Potrafi usiąść, ale by zasnąć - nigdy. Czekamy i na to.
29.05.2012 o godz. 06:47
Coś niesamowitego - muszę poczytać więcej, gdyby miało mi się przydać przy następnym dziecku. :)

23.05.2012 o godz. 16:33
Mój synek do dziesiątego miesiąca życia był leniuchem. Do raczkowania zabierał się dwa miesiące, ale tak naprawdę dopiero zaczął dwa tygodnie temu.

Za to gdy już się zebrał, poszło wszystko - nauczył się wchodzić po schodach (oczywiście ja podążam z tyłu z wyciągniętymi rękami, asekurując, ale nie dotykając).

Trzymając się czegoś robi kroczki, od wczoraj też próbuje sam siadać ze stania. A to duży postęp.

Niestety, razem z tym skokiem rozwojowym przyszło gorsze spanie. 9 godzin w nocy - niby nie powinnam narzekać, ale gdy on idzie spać o 20:00 i wstaje o 5:00, nie mam zbyt wiele czasu na cokolwiek, jeśli chcę pójść spać o godziwej porze. A tu jeszcze cały dom na głowie i praca, którą zostawiam sobie na wieczory najwcześniej.

Cieszy mnie jednak to, że bobas się tak rozwija. Bobas? To już nie bobas - to mały chłopczyk, który już nauczył się psot. Gdy słyszy słowo "nie", zaczyna się śmiać zawadiacko i powtarza dokładnie to, czego mu się zabrania. Za to jest wrażliwy - wystarczy, że zrobię minę jak do płaczu, a on też zaczyna. Muszę się kontrolować z moimi emocjami, bo chłonie je jak gąbka.
20.05.2012 o godz. 22:08


Zabawka progresywna - to brzmi dumnie.

Gdy zobaczyłam cenę za ten kawał odpowiednio wyprofilowanego plastiku, zdębiałam - 100 zł.

I z ciekawości, co może coś, co wygląda jak nocnik, przeczytałam opis producenta. Oto on:

Niezwykła zabawka rozwijajaca dziecięcą wyobraźnię. Żywe kolory i ciekawe kształty pobudzają dziecko. Pobudzają ciekawość, stymulują zmysły i inspirują dzieci do znajdywania nowych zastosowań Bilibo. Jest to fantastyczna zabawka, która da mnóstwo radości każdemu dziecku. Zarówno chłopcy jak i dziewczynki odnajdują nieskończoną ilość możliwości do zabawy z tą wyjątkową muszelką.
W środku i na zewnątrz, w piaskownicy i w wodzie lub nawet na śniegu – zgodnie z ich wiekiem i zainteresowaniami dzieci używają i bawią się muszelką na wiele sposobów.
Muszelki można łączyć lub ustawiać jedna na drugiej. Tak jak trójwymiarowe kawałki puzzli dwie muszelki łączą się w kulę – z przyjazną twarzą i szerokim uśmiechem.

Kupić czy nie kupić? Ja jednak podziękuję. Najpierw muszę swojego 10-miesięcznego brzdąca oduczać miłości do komputera, DVD, telefonów komórkowych, czyli zabawek dla dużych dzieci. A wcześniej kupię mu plastikowe wiaderko. Za 10 zł.
11.05.2012 o godz. 10:26
Synek w przeciągu trzech dni zaczął samodzielnie siadać (czyt. podnosić się z leżenia do siadu), wstawać opierając się o coś i raczkować. Trzeba przyznać, wziął nas z zaskoczenia. Byłam tym jego wcześniejszym lenistwem trochę rozpieszczona. Wcześniej sadzałam go przy plastikowym pianinku i mogłam spędzić przy desce do prasowania spokojnie jakieś 30 minut, bez obawy, że bobas wejdzie mi do szafy. Teraz boję się, że w drodze ewolucyjnego przystosowania wyrosną mi oczy z tyłu głowy.

Oto "osiągnięcia" synka z ostatnich trzech dni:

- samodzielnie otwiera szafy, szafki i szuflady, do których sięgnie,
- usiłuje wejść na nasz stolik kawowy, ale ponieważ mu się nie udaje, stoi oparty o niego,
- odpiął nam router od internetu ,
- przewrócił kosz na śmieci chcąc zajrzeć do wnętrza.

Teraz nie można zrobić dosłownie NIC, trzeba wciąż na niego uważać, bo z ciekawością dziecka (a jakże!) odkrywa dom i jego zakamarki. A ja o 21:00 mam już ochotę nakryć się kołdrą i smacznie zasnąć. Nie ma mowy - dopiero wtedy mogę zacząć robić choć namiastkę tego, czego nie zdążę w ciągu dnia, gdy moja pociecha nie śpi (a śpi jeszcze dwa-trzy razy dziennie).


23.04.2012 o godz. 21:00
- osiem ząbków

- stoi! z raczkowaniem kiepsko, chociaż od dwóch miesięcy synek namiętnie czworakuje (bez przemieszczania się - gdy chce się gdzieś dostać, woli turlanie), ale stoi trzymając się brzegów łóżeczka, gdy upadnie na pupę, każe się podnosić
15.04.2012 o godz. 10:50
statystyki
sekcja użytkownika