Mamy Dzieci

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
8,5 miesiąca. Tak naprawdę nie jest to jego pierwsze słowo - cały czas z zapałem mówi "baba", parę razy powiedział też "tata". Mówił też pojedynczą sylabę "ma", ale nigdy podwójnie, jako mama. Pierwszy raz powiedział "mama" wczoraj rano, gdy ubierałam go i... złościł się. Jego "mama" było powiedziane z żalem i impetem. Mieściło się w nim: "Mamo, przestań w tym momencie!". Nieważne jednak, byłam zachwycona. :) I czekam na powtórkę.

01.04.2012 o godz. 22:47

Od paru dni synek jest posiadaczem pięciu ząbków.

Długo tu nie zaglądałam, chociaż codziennie coś się dzieje. Takie drobne z pozoru rzeczy, które mają kolosalne znaczenie dla mnie jako rodzica:

- w wanience wykłada się i wystawia jedną nóżkę "za burtę", :)

- robi się coraz bardziej ruchliwy, przemieszcza się dziwną mieszaniną raczkowania, pełzania i turlania,

- znajduje sobie zabawki w codziennych przedmiotach; wszystkiego chce dotykać, wszystko sprawdzić - wczoraj wyłączył nam film na DVD (podpełzł i nacisnął, co trzeba), uwielbia też bawić się włącznikami światła; wszystko, co świeci, mruga i pstryka go najbardziej fascynuje,

- coraz bardziej uwielbia dziadków; na początku Babcia miała fory, teraz zadowolony może wysiadywać u Dziadka na kolanach;

- kiedy ktoś mówi albo rozmawia, lubi się "wtrąca" - gaworzy, jakby chciał się włączyć do rozmowy.

W nocy staram się go już karmić tylko raz - przedwczoraj i wczoraj tak było. Drugim celem będzie przestawienie synka, by spał od 20:00 do 7:00 rano, a nie, jak teraz, o 19:00 do 6:00. Niestety, wszystkie próby na razie kończą się fiaskiem, bo nasza latorośl może i wytrzyma z trudem do 20:00, ale i tak wstaje o 6:00 rano. Z dwojga złego (czy naprawdę złego? tak mi się napisało) wolę mieć już o godzinę dłuższy wieczór.
18.03.2012 o godz. 20:55
Krwiaczek zmienia miejsce. Najpierw był tam, gdzie wyżyna się górna jedynka prawa, później lewa, teraz znowu przeskoczył na prawą, tyle że dwójkę.

Czekam więc na te górne zęby, a tu niespodzianka: maluchowi wyszedł właśnie trzeci ząbek na dole! Dolna dwójka nieśmiało wybiła się spod dziąsła. Cóż, ząbkowanie trwa jednak nadal.
Tagi: ząbkowanie
29.02.2012 o godz. 22:19


Właściwie za napisanie swoich wywodów po przeczytaniu artykułu "Cesarka na życzenie" w najnowszym Twoim Stylu chciałam zabrać się niemal od razu - czytając go na przemian albo kiwałam głową, albo nią kręciłam.

Po kolei.

Wypowiadające się panie uzasadniały wybór porodu. Nie próbowały rodzić naturalnie, od razu zdecydowały się na cięcie.

Czy słusznie?

Wiadomo, krąży mnóstwo opinii, że poród naturalny jest najlepszy zarówno dla matki, jak i dziecka.

Tymczasem obecnie ok. 30-35% porodów to cięcia cesarskie, a w szpitalach i klinikach prywatnych ten procent skacze mocno do góry.

Gdybym urodziła naturalnie, pewnie nie chciałabym do końca zaakceptować argumentów tych pań.

O właśnie - jak to było ze mną?

Przez 6 miesięcy ja i mój mąż chodziliśmy na szkołę rodzenia. Tam było nastawienie: poród naturalny i kropka. Położne nawet nie uczyły, co z cięciem, jak pielęgnować ranę. Zupełnie, jakby cięcie było tak marginalną sprawą, że nie warto nią sobie zaprzątać głowę. Nastawiłam się na poród naturalny. Ba! Ja byłam niemal pewna, że tak będzie.

Miało być...O 20:00 trafiłam na salę porodową, podpięto mi oksytocynę. 4 dni po terminie, w USG stwierdzono mało wód płodowych, choć nie czułam, by coś odeszło. Lekarka stwierdziła, że "jakieś skurcze są i w sumie może pani rodzić". No to wio pod oksytocynę. Nad ranem zaczęły się bóle krzyżowe. Jakoś można je było wytrzymać. O 7:00 rano już chciałam gryźć kaloryfer. Bolało tak, że nie miałam siły nawet zamrugać oczami, płakałam już na samą myśl o tym, że skurcz się zaczyna. Czekałam na wykupione znieczulenie, ale od razu nie można go było podać. Krzyczałam, że nie wytrzymam i że chcę cesarkę. Naprawdę tak myślałam.

Potem - wybawienie! W południe dostałam znieczulenie zewnątrzoponowe i z uśmiechem skakałam na piłce. Wszystko szło dobrze. Ciut powoli, ale dobrze. I kiedy już o 15:00 godzinie położna krzyczała: "Przyj, niunia, przyj! Widzę główkę i czarne włoski!", lekarz odsunął się ode mnie i powiedział: "Dobra, cięcie". Okazało się, że synkowi spadał puls, groziło podduszenie. W jednej chwili trafiłam na salę operacyjną, pani anastezjolog zażartowała aplikując mi kolejne znieczulenie, tym razem do cesarki: "No, to spróbuje pani wszystkiego!".

No właśnie - tak naprawdę mój poród to było prawie takie 2 w 1. Męczyłam się jak do naturalnego, euforia, strach i wycieńczenie, mąż masujący plecy i trzymający za rękę, a na końcu cięcie.

Bzdurą okazało się to, że po cesarce nie dostałam dziecka - na sali mogłam je pocałować, a po ok. godzinie przystawiłam do piersi. Był pokarm, synek pięknie jadł i do tej pory karmię piersią. Natomiast miałam dziwne poczucie winy, że nie dałam rady. Teraz wiem, że to głupota myśleć w ten sposób. Na wizycie kontrolnej lekarz tłumaczył mi: "5 lat temu jeszcze by pani urodziła naturalnie, teraz jest więcej wskazań do cięć. Kiedy zaczynałem praktykę, było przekonanie, że ma boleć. Dzieci się rodziły gorsze, słabsze. Mój najdłuższy poród trwał trzy dni. Nie wiem, jak ta kobieta to wytrzymała".

Najlepsze jest to, że po tym wszystkim byłabym gotowa próbować rodzić ponownie naturalnie. Tylko że tym razem usłyszałam od ginekologa, żebym się na to tak już nie nastawiała.

Mogę jednak zrozumieć kobiety, które same wybierają cesarkę. Paniczny strach i wielki stres - ja go nie miałam, ale kto wie? Ponoć on bardzo spowalnia akcję porodową. Komplikacje po porodach naturalnych, typu popękane krocze, niedotrzymanie moczu, a po jakimś czasie niekontrolowane puszczanie gazów? Co, jeśli poród był tak trudny, że matka musiała mieć później przetaczaną krew? A może po prostu mają za sobą straszne porody naturalne i koszmarne wspomnienia z sali? Może w ogóle nie było akcji porodowej i należało dziecko jednak "poprowadzić za rączkę"? A co z dziećmi, które rodzą się ze złamanymi obojczykami?

Prawda jest taka, że nie każda z nas jest stworzona po to, by urodzić naturalnie bez problemów i bez konsekwencji. Jeśli jedną z nich ma być ta niewielka, mało widoczna blizna zamiast wymienionych wcześniej skutków, to czemu dziwimy się kobietom, które wybierają taki sposób?

"Jakby natura chciała, byśmy rodziły przez cesarkę, to by nam dała suwaki na brzuchu", brzmi często powtarzany (moim zdaniem wyjątkowo głupi) argument.
Idąc tym tropem można odpowiedzieć, że gdyby natura chciała, byśmy mieli zęby, to by nie było próchnicy.

Absolutnie nie żałuję, że próbowałam rodzić naturalnie. Po prostu nie do końca wyszło. Mam za sobą ból i nie uważam, by uszlachetniał. A zresztą, o bólu mogą powiedzieć coś te panie, którym dokucza jeszcze świeża rana po cięciu. Uwierzcie, nawet nie można się wyprostować.

22.02.2012 o godz. 21:51
Druga strona dziąsła jest teraz ozdobiona krwiaczkiem, ale żadnego zęba jak nie było, tak nie ma.

Maluch przygotowuje się do raczkowania - podnosi pupę i utrzymuje wyprostowane ręce, ale nie spieszy mu się, by coś z tym więcej robić. Za to podniesiony to pionu potrafi stać kilka sekund czegoś się przytrzymując.

Wciąż nie mogę rozwikłać tego jego spania - po kaszce sypia gorzej, niż po samej piersi, choć wszędzie dudnią, że dziecko trzeba "naładować do pełna" przed snem. A może on nie lubi mieć ciężko na żołądku? Noce są różne, raz już wytrzymał 8 godzin bez karmienia (i to właśnie bez tej zapychającej kaszki), ale jednak często budzi się, a czasem słyszę też, jak przez sen kwili, jakby z bólu (zęby?).

W dzień - jak zwykle - aniołek i do rany przyłóż. Wczoraj zrobiłam przy nim dość solidne porządki połowy domu. Nie, nie spał wtedy. :)
Tagi: niemowlaki
21.02.2012 o godz. 19:40
Mamy radzą mamom...



Sprawdzone sposoby to dla mnie:

- odwrócić uwagę,
- delikatnie podskoczyć z maluchem na rękach (mój synek to uwielbia!),
- wziąć na ręce i przytulić (jakie to proste, prawda?),
- do ok. 3 miesiąca skutkowało zawijanie w kokon i delikatne kołysanie (byle nie za długo - zależało mi na tym, by nauczył się zasypiać bez takich "ułatwiaczy").

Ponieważ jednak mój synek należy (na razie) do tych spokojnych dzieci, nie mam wiele w tym temacie do powiedzenia...
20.02.2012 o godz. 21:06


Ten film każdy rodzic obejrzy z wielką radością i wzruszeniem. Bobasy to wspaniały dokument prezentujący rok z życia czworga dzieci w różnych miejscach świata.

Oglądając go doszliśmy z mężem do wniosku, że największą "frajdę" zdają się mieć dzieci najbardziej obcujące z naturą, gdzie rodzice ingerują najmniej. Owszem, tam śmiertelność dzieci jest wciąż wysoka, jednak nie zmienia to faktu, że taki świat malucha z innej cywilizacji poznaje się najciekawiej. W naszej kulturze mamy laktatory, nosidła, wózki, kołyski, leżaczki i szereg innych akcesoriów, ale dzieci mimo tego wszystkiego wszędzie rozwijają się tak samo, co właśnie pokazuje ten film. Tylko interakcje inne...

Film można obejrzeć na www.iplex.pl.

15.02.2012 o godz. 20:06


Ponieważ już czytam mojemu 7-synkowi bajki (rzecz jasna polega to głównie na tym, że szkrab chce dorwać się do papieru i pożreć go w całości), taki sprzęt byłby bardzo pomocny na przyszłość: TANTO - bajeczna pufa, w której można dosłownie zatopić się razem z dzieckiem.

Bardzo ładna i... bardzo droga (350 euro). Na szczęście jest stare, dobre, poczciwe czytanie w łóżeczku. :)
15.02.2012 o godz. 19:57
Moim zdaniem ząbkowanie po prostu trzeba przeżyć. Tak, jak my przy naszym maluchu i przede wszystkim on. I choć synek w dzień jest wciąż tak grzeczny, jak zawsze, to w nocy wyraźnie się męczy - wierci się niespokojnie i budzi, a wybudzony przez ból ma trudności z ponownym zaśnięciem.

Dwie dolne jedynki wyszły, gdy skończył odpowiednio 4 i 5 miesięcy, teraz ma 7 (miesięcy, nie zębów ;)) i w miejscu górnej jedynki jest właśnie krwiak na pół centymetra. Wyczytałam, że to zwiastun zęba. Wszystko zresztą na to wskazuje, bo synek zaczął się bardziej ślinić i gryzie wszystko, co popadnie - najchętniej metalowe sztućce (podejrzewam, że dlatego, że są chłodne).

Mamy wypisują różne sposoby na bolesne ząbkowanie:

- czopki uspokajające viburcol (homeopatyczne, ja akurat w homeopatię nie wierzę, ale może komuś pomogło),
- masaż dziąseł,
- schłodzone gryzaki,
- maści wszelkiej maści. :D

I przy tych ostatnich się zatrzymam. Wypróbowałam już Dentinox (moim zdaniem średnio skuteczny) Bonjela. Ten drugi jest o tyle dobry, że nieco łagodniejszy. Przynosi ulgę na krótko, ale też częściej można go stosować, bo już co trzy godziny. Dentinox maksymalnie dwa razy dziennie. Oba zawierają lidokainę jako substancję czynną.



W internecie wszyscy niemal zachwycają Baby Orajel. Niestety, w polskich aptekach jest nie do kupienia, bo jakiś czas temu go wycofano. Ten z kolei znieczula przy pomocy benzokainy. Zdaje się, że jest silniejszy i skuteczniejszy. Szukam go na Allegro - nie ma. Zakupiłam więc Anbesol Baby, też z benzokainą w takim samym stężeniu, jak Orajel - 7,5%. W Stanach Zjednoczonych te dwa specyfiki są najpopularniejsze na ząbkowanie, u nas tylko lidokaina. Wyczytałam, że środki te działają podobnie i że w ogóle są to związki o podobnej budowie. Czemu u nas benzokainy nie uświadczy przy ząbkowaniu? Nie mam pojęcia.

Jeszcze o gryzakach. Maluszek ma różne, ale tak naprawdę gryzie, co popadnie. Jeden jednak spodobał mi się z prostego względu: jest wyprofilowany, by kształtem pasować do dziąseł i jednocześnie działa jak pierwsza szczoteczka do ząbków. Chodzi o silikonowy gryzaczek Baby Ono. Ten gadżecik ma jeszcze jedną przydatną cechę: idealnie za jego pomocą podaje się żele na ząbkowanie. Smarujemy część "szczoteczkową" i wkładamy maleństwu do buzi, które przygryzając samo wciera w dziąsła żel. Bez "atakowania" malucha. :)

11.02.2012 o godz. 13:28
To był pierwszy dzień, jaki spędziłam całkowicie poza domem, bez mojego synka.

Od 6 rano do 9 wieczór w drodze. Bobas został z babcią.

Spodziewałam się, że będzie trochę ciężko, bo synek nigdy nie był tak długo na samej butelce. Okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam - mama po moim powrocie stwierdziła, że "ma najgrzeczniejszego wnuczka", ale gdy tylko weszłam, synek natychmiast zażądał piersi, chociaż zazwyczaj o tej porze śpi smacznie i nie domaga się jedzenia.
09.02.2012 o godz. 14:40


Synkowi zmieniają się drzemki w ciągu dnia - w przeciągu paru ostatnich tygodni nastąpił zwrot o 180 stopni. Bobas śpi już bardzo mało, po południu praktycznie wcale. Wczesnym wieczorem zresztą nie pozwalam mu drzemać, bo później usypianie zmienia się w długi koszmar, a tak, to po takim męczącym popołudniu zasypia od razu, w ciągu kilku minut. Tyle na plus.

Razem z jego zmianami rozkładu dnia zmienia się oczywiście i mój. Nie mogę już pracować tyle, ile bym chciała. To, co mogę zrobić przy nim, to napisanie krótkiego tekstu, wysłanie jakiegoś maila, drobne poprawki. O niczym innym nie ma mowy, bo synek zrobił się już aktywny i chociaż wciąż jeszcze nie pełza, to potrafi przeturlać się w przedziwne miejsca.

Pracuję zatem głównie wieczorami. Trochę to problem, gdy chce się obejrzeć film i najzwyczajniej w świecie zrelaksować, gdy dzień ma się ku końcowi. A tu nie tylko praca zawodowa, a jeszcze pranie, prasowanie, kuchnia do sprzątania. Nauczyłam się przy dziecku jednego: nie marnować ani minuty czasu. Wcześniej miałam z tym prawdziwy problem, teraz przeszłam kurs przyspieszony. Uważam, że "tajm menedżment" zaliczyłam z całkiem niezłym wynikiem.

PS
Dwa dni temu kolejny rekord: 10 godzin bez karmienia w nocy, za to pobudki z marudzeniem. Dziś już skapitulowałam, bo wolę nakarmić, niż uspokajać. Byle nie za często, jeśli pobudki są co 3 godziny, jestem w stanie funkcjonować w dzień. Wczoraj jeszcze inne osiągnięcie: synek zasnął o 19:00 wieczorem i (z przerwami na karmienie) spał do 7:30. 12,5 godziny!
04.02.2012 o godz. 21:02

Pan Tato wstawał minionej nocy często - jakieś 3-4 razy usypiał kwilącego bobasa. Mniej więcej tyle, ile ja wstaję co noc.

Tyle wystarczyło, by w swych własnych oczach urósł do rangi superbohatera. Rano zażądał mocnej kawy (bo przecież tyle razy wstawał), po południu musiał odsypiać przez dwie godziny (bo przecież tyle razy wstawał), a na końcu wieczorem pognał do kolegi na piwo "odreagować" (bo przecież tyle razy wstawał).

Strach pomyśleć, czego wymagałby, gdyby był przez dziewięć miesięcy w ciąży, miał za sobą ciężki poród, ból i karmił piersią. Złota lektyka to mało.
02.02.2012 o godz. 21:14


Długo miałam się zabierać do napisania o tym filmie, ale jakoś mi zeszło. Cieszę się jednak, że obejrzałam go już jako matka.

Służące (The Help) oglądałam na raty. Dwie raty, mówiąc dokładniej. Po pierwszej nie mogłam zasnąć, bo w głowie mi się nie mieści, że takie matki mogą chodzić po świecie. Nie chcę nic nikomu psuć, jeśli filmu jeszcze nie widział. Za to mój mąż do dziś śmieje się ze mnie, że w łóżku leżałam trzęsąca się jak galareta z nerwów i emocji. Może za bardzo to przeżywałam, ale na swoje rozgrzeszenie powiem: jestem świeża w macierzyństwie i jeszcze do pewnych rzeczy brakuje mi dystansu.

Polecam ten film wszystkim mamom i gospodyniom domowym. :) Nie tylko im zresztą.

A ta scena z filmu jest dla mnie niezwykle rozczulająca. Wiedziałam, że znajdę ją na YouTube:

02.02.2012 o godz. 20:59

Spotkałam się dzisiaj z moją księgową. Gaduła straszna, a jak już się dwie matki zejdą, które mają dzieci w tym samym wieku... Dość powiedzieć, że mój mąż obecny na rozmowie wyszedł z pokoju.

Nasłuchałam się o jej porodzie - z trzema palcami rozwarcia przyjechała do szpitala, sama prowadziła samochód po tym, jak jej wody odeszły; zdążyła spokojnie zjeść śniadanie; a do tych trzech palców żadnego bólu! Mi się serce kroi na myśl, co musiałam znieść pod oksytocyną do trzech palców... Do czego zmierzam: ta kobieta zdaje się mieć absolutnie luźne (ale nie olewające) podejście do wychowywania. -20 stopni w dzień na zewnątrz? 6-miesięczna córeczka spędza na takim mrozie 20 minut. Dziecko od początku na butelce, ona po tygodniu wróciła do pracy w domu, a po miesiącu zaczęła zostawiać dziecko na cały dzień z dziadkami, czyli od 9 do 19:00.

- Nie wyobrażam sobie tak zostawiać naszego małego - powiedziałam mężowi.
- A bo ty się tak nakręcasz. Widzisz jakie inne matki mają podejście? I potem nie ma płaczu, jak dziecko idzie do
przedszkola.

Coś w tym jest. O dantejskich scenach pod przedszkolnym budynkiem słyszę najczęściej od tych mam, które cały dzień spędzały wcześniej ze swoim maluchem. Tak, jak ja z moim.
01.02.2012 o godz. 20:57

Nie ma rady, moja laktacja zależy w dużej mierze od tych nocnych karmień. Są karmienia, jest mleko, dużo mleka. Gdybym chciała, mogłabym synka powoli odstawiać, bo podręcznikowo karmię już ponad pół roku, ale skoro zima trzyma, a wokół tyle wirusów... Niech jeszcze wyssie nieco przeciwciał. :)
31.01.2012 o godz. 21:34
Ząbkujemy - kiedy Bobas uśmiecha się, a ja patrzę się na niego z góry, widać dwa duże wybrzuszenia na górnym dziąśle. Jedynki wiszą tuż-tuż pod skórą, czają się, ale - jak w wypadku dolnych - wybijają się długo. To na nie zwalam krótkie drzemki w ciągu dnia i to, że synek nie może się skoncentrować na zabawie, pchając do buzi wszystko.

Z laktacją trochę sytuacja opanowana, tzn. karmię jednak trzy razy w nocy - 23:00, 2:00, 5:00 i o 6-7:00 już pobudka, ale jeśli dzięki temu uda nam się wytrzymać z karmieniem do wiosny, niech i tak będzie. :)
Tagi: ząbkowanie
28.01.2012 o godz. 14:32


Kiedy ma się małe dzieci, nagle zaczyna brakować miejsca. Dlatego jego oszczędność jest taka ważna.

Mi już podoba się ten drewniany, składany domek do zabawy. W ciągu minuty można go złożyć do formatu płaskiej paczki z Ikei. No i jest po prostu ładny, taki w klimacie eko.

Przy odrobinie starań i dobrym stolarzu pewnie można wykonać podobny samodzielnie. Koszt oryginału? 650 dolarów.
28.01.2012 o godz. 08:11


Synek miał 5 miesięcy, kiedy nagle - ni stąd, ni zowąd, odrzucił butelkę. Fakt, dostawał ją okazjonalnie, bo cały czas karmiony jest piersią, ale i tak było to dla mnie zdziwienie. Każdy przekonywał mnie, że dziecko chętniej pije z butelki, niż z piersi. Tu było dokładnie na odwrót. Ponad miesiąc trwało moje przekonywanie go, że butelka nie taka straszna.

Problem tkwił też w tym, że Synek nie wziął ani mojego odciągniętego mleka, ani sztucznego.

Próbowałam różnych butelek z przeróżnymi smoczkami:

TommyTippee
Lovi
Momma
Medela - z tych wszystkich pił bez problemu wcześniej, z Mommy toleruje tylko wodę po niemlecznych posiłkach

W końcu SUKCES - wziął NUK, ale ze smoczkiem lateksowym. NUK okazał się stary, poczciwy, odrobinę takie vintage wśród butelek, bo zamiast dziur z wielkim przepływem (3. w TommyTippee, którą krztusił się mój mały) ma np. wygodny smoczek z krzyżykiem do papek, znakomity by podawać nim kaszki.

O to odrzucanie mleka sztucznego spytałam też swojego pediatry:

- Syn jest mądry, wie co dobre - podsumował. - Do 9 miesiąca może mu pani podawać pierś bez ograniczeń i proszę się nie przejmować. Jeśli chce go pani przekonać do mleka sztucznego wcześniej, proszę podawać codziennie odrobinę. Niemowlętom co parę tygodni zmieniają się upodobania smakowe i najprawdopodobniej któregoś dnia weźmie.

Mleko sztuczne wprowadziłam mieszając ze swoim odciągniętym (niektóre dziewczyny tak od razu przekonały swoje bobasy). Podawałam codziennie - synek krztusił się i wypluwał, ale byłam uparta. Któregoś dnia: sukces. Wypił 60 ml. Teraz spokojnie potrafi wyduldać flachę 180 ml, w której połowa jest moja, ale sytuacje awaryjne pokazały, że babcia dawała samo mleko sztuczne i też przeszło.

Dziś wszystkie inne butelki leżą sobie w kartoniku spakowane, zapewne już bezużyteczne, bo zostanę przy swoich NUKach. Kupiłam od razy dwie butelki o większej pojemności i kilka wymiennych lateksowych smoczków z różnymi przepływami (S - do mleka matki i wody, M - do mleka modyfikowanego, L - krzyżyk, do papek).

28.01.2012 o godz. 07:44


Ja już mam za sobą etap noworodka w domu, ale ta kołyska wydała mi się interesująca. Co prawda przyda się tylko przez kilka pierwszych miesięcy życia maluszka, ale dobrze pamiętam, jak wisiałam nad łóżeczkiem/wózkiem, chcąc uśpić Małego. Do dziś korzystam z elektrycznej huśtawki Fisher Price (synek ma 6,5 miesiąca), a ten mebelek... Cóż, po prostu odrobina designu na krótką chwilę.

26.01.2012 o godz. 16:46
statystyki
sekcja użytkownika